![]() |
|
||||||
![]() |
|||||||
Alpy. Majestatyczne, rozległe, pokryte lodem i śniegiem budziły lęk i szacunek mieszkańców dawnej Europy. Były naturalną granicą oddzielającą od siebie Północ i Południe kontynentu. Ta prawdziwa uczta dla oczu składa się z 86 arcydzieł dawnych mistrzów. Czterdzieści trzy spośród nich pochodzą z wiedeńskiego Kunsthistorisches Museum (dla niezorientowanych: jedno z najbogatszych muzeów europejskich, będące swoistym spadkobiercą kolekcji Habsburgów, miłośników i kolekcjonerów sztuki). Wydaje mi się, iż rzadko się zdarza, by w Polsce, w jednym miejscu udało się zgromadzić tyle niezwykłych prac. To być może najbardziej elementarny powód, by udać się w niezbyt daleką podróż do Warszawy. Podróż ta po wstąpieniu na salę wystawową bardzo szybko, gwarantuję, przekroczy granice naszej bezbarwnej rzeczywistości i zabierze nas na długą wędrówkę z Utrechtu i Haarlemu poprzez Antwerpię oraz Brukselę aż do odległej Wenecji. Po drodze odwiedzimy dwór Rudolfa II Habsburga w Pradze. Podróż ta będzie piękna i niezapomniana pod warunkiem, że nie będziecie mieli przyjemności odbywania jej z wycieczką szkolną (dlatego radzę wystrzegać się godzin rannych od poniedziałku do piątku!). Nie jest moim zamiarem dokładne opisanie zawartości całej wystawy. Chciałabym tylko podzielić się moimi odczuciami i refleksjami dotyczącymi kilku zaledwie Arcydzieł.
Przede wszystkim Jan van Eyck i jego Kardynał Niccolo Albergati. Eugenie Fromentin stwierdził, iż w dziełach tego flamandzkiego mistrza "sztuka malarska powiedziała już ostatnie słowo - i to zaledwie u swego zarania." To niezwykłe, iż tak niewielki portret przedstawiający w zasadzie nic ciekawego - twarz starego mężczyzny, może zrobić na widzu tak ogromne wrażenie. Obraz jest malutki (zaledwie 34,1x 27,3 cm), dlatego tym bardziej wprawia w podziw dokładność i perfekcja każdego, najdrobniejszego szczegółu. Skóra twarzy, zmarszczki, pojedyncze włoski rzęs i brwi są tak precyzyjnie odmalowana, iż nie chce się wierzyć, że ręka ludzka zdolna jest czynić takie cuda.Wyjątkowość obrazu potęguje fakt, iż został on stworzony niemal osiem wieków temu, na średniowiecznym dworze księcia Burgundii, Filipa Dobrego, a my pomimo tej kilkusetletniej przepaści, w klimatyzowanej sali nowoczesnego muzeum oglądamy go z tym samym, niepokonanym przez czas zachwytem, co współcześni artysty. Patrząc na ten Obraz (farba miejscami tworzy grube grudki, widoczne są pojedyncze pociągnięcia pędzla poczynione przez van Eycka - to chyba jest najbardziej ekscytujące w podziwianiu starych dzieł) od razu wyobraziłam sobie małą, zimną izbę. Pośrodku niej sztaluga, obok stół z porozstawianymi przyborami malarskimi. Przy płótnie rozciągniętym na dębowej desce Malarz nieśpiesznymi, precyzyjnymi ruchami swej ręki tworzy kolejny, artystyczny cud. Nic nie da oglądnie reprodukcji w Internecie czy choćby w najlepiej wydanych albumach. Obraz ten należy do tych, przed którymi trzeba stanąć, by pojąć ich doskonałość.
W Muzeum w Warszawie można zobaczyć tylko jeden z czterech obrazów składających się na cykl alegorii Cztery pory roku, powstały na zamówienie Maksymiliana II, późniejszego cesarza. Możliwe, że słowa "tylko jeden" mają znaczenie pozytywne, gdyż obraz jest tak niewiarygodnie brzydki (wręcz obrzydliwy) i tak zaskakujący, iż nie wiadomo, czy zdołalibyśmy obejrzeć cały komplet (utrzymany w tej samej przeokropnej stylistyce). Oczywiście nieco prowokuję, ale tegoż dzieła, które chyba z tego właśnie względu promuje całą wystawę, z pewnością nie można pominąć, pozostając w żaden (negatywny bądź pozytywny) sposób nieporuszonym. Patrząc na obraz z oddali, zdaję się, iż wyobraża on głowę starca z profilu: pomarszczona twarz, różne okropności na twarzy ze sterczącymi we wszystkie strony włoskami, grube, widoczne żyły na szyi. Kiedy jednak podejdziemy bliżej, okazuję się, iż to nie ludzka głowa, lecz pień drzewa obrośnięty bluszczem, pokryty suchymi gałązkami, grzybami. Zima przedstawiona została przez malarza, Giuseppe Archimboldo, w całkowicie południowy sposób: zamiast śniegu i mrozu, cytryna i mandarynka (owoce dojrzewające w lutym) na gałązce z zielonymi listkami. Cztery pory roku miały oczywiście symbolizować kolejne etapy życia ludzkiego, jego harmonię i nieuniknioną przemijalność. Warto zajrzeć na stronę internetową wiedeńskiego muzeum, by obejrzeć Lato ( kobieca twarz "wykonana" z owoców i zbóż). Moim skromnym zdaniem jest to dużo ciekawsza i urokliwsza praca. Ale o gustach się ponoć nie dyskutuje, więc oceńcie sami. "Memento mori" chciał przekazać swym dziełem, Bukiet kwiatów w niebieskim wazonie, malarz. I bez tej podstawowej wiedzy, iż kwiaty były powszechnie stosowanym symbolem vanitas w malarstwie, trudno, niezmiernie trudno, w to uwierzyć. Obraz jest piękny (to pospolite określenie w tym przypadku znów nabiera znaczenia), kwiaty są jak żywe, niemal czuć ich zapach. W bukiecie znajdują się najróżniejsze rośliny (tulipany, róże, irysy) kwitnące w innych porach roku. Mnogość ich kolorów zdaje się atakować widza, krzyczeć swą intensywnością. Ale spośród tego morza barw wyłania się jeden, zupełnie wyjątkowy, szaro-niebiesko-czarno kosaciec żałobny i to on każe pamiętać o śmierci, o kruchości i nietrwałości ziemskiego piękna. Jan Breughel Starszy zyskał swój przydomek, Aksamitny, właśnie ze względu na urzekającą paletę barw. Początkowo malował kwiaty (znów odsyłam na stronę wiedeńskiego muzeum, by przyjrzeć się innemu bukietowi), ale po swej podróży do Włoch stał się oryginalnym i doskonałym pejzażystą. A skoro o pejzażach mowa. Pejzażyści holenderscy to dla mnie, osobiście, głównie Jan van Goyen oraz Isaack van Ostade. Niestety ich prac podziwiać w Warszawie nie można, dlatego chciałabym zwrócić waszą uwagę na Pejzaż włoski z ruiną akweduktu Nicolaesa Berchema. Jego obraz(y) to doskonały przykład reakcji na podróże zaalpejskie i zebrane na Południu doświadczenia, wrażenia. Artysta ten przez całe życie pozostawał pod urokiem swych pobytów w Italii. Fragmenty różnych widoków, krajobrazów łączył w swych utworach w pejzaże idealne: ciepłe, jasne, pogodne. Warto poświęcić chwilę uwagi, w końcu rzadko widzi się obraz dawnego artysty niderlandzkiego, który nie byłby ciemny, chłodny, surowy.
Dorota Kaczmarek |
|||||||
|
|||||||
|
|||||||